bagalaniarnia

Twój nowy blog

Ona

Brak komentarzy

Patrzy na mnie tymi swoimi brązowymi oczyma, nerwowo gniecie serwetkę. Pamiętam ją jako blondynkę o zawsze pogodnym spojrzeniu. A teraz widzę rudą, pełną gniewu kobietę w bardzo wysokich szpilkach.

Wiesz… wszystko miało być inaczej…zostałam tu sama, na krótko… na kilka miesięcy. To ja zawsze byłam tą złą w małżeństwie. Spodziewałam się wszystkiego poza tym… zostałam sama. Nie, on nie utrzymuje ze mną kontaktu, jakie to banalne! Czekałam miesiąc, złościłam się i płakałam przez drugi. Teraz? Teraz spełniam wymagania otoczenia. Zazdrosne spojrzenia… bo mój mąż pracuje w innym kraju, wymagania bym była elegancka, wypoczęta, uśmiechnięta. Pytania pełne wyrzutów, co ja wiem o życiu i pieniądzach, skoro on przecież zarabia świetnie! I co ja mam powiedzieć? Że zapomniał o nas, o urodzinach własnej córki? Więc kiwam głową i się uśmiecham, co ja wiem. Jestem przecież szczęśliwa, szczęśliwa, szczęśliwa. Już się nie złoszczę, nie buntuje przeciw temu, co się stało. Daję sobie radę. Przestań, nie próbuj mi współczuć, nikt mnie przecież nie zmuszał do wyjścia za tego durnia. Czasem czytam „sama nie znaczy samotna” w opisach moich znajomych singielek i mam ochotę napisać „samotna nie znaczy sama”. Sama przed sobą udaję, że sobie radzę. Całe dnie staram się o tym nie myśleć, wieczory są gorsze. Noce… te wolne spędzam raniąc się jeszcze bardziej. Wybieram żonatych mężczyzn, zawsze ze służb mundurowych. Mam świadomość, że jestem tylko chwilową zabawą, powodem wyrzutów sumienia. W sumie ta świadomość, że ja jestem sama i to się nie zmieni a on wraca do domu i w pewnym momencie uświadomi sobie, że zdrada to idiotyzm, mi się podoba. Wiem, to chore. Najpierw miałam wrażenie, że to zabawa w kolekcjonowanie wyrzutów sumienia. Teraz widzę, że tylko coraz dobitniej pokazuję sobie samej w jak głębokim bagnie jestem. Wszyscy zawsze uważali, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Przecież nie powiem, że nie daję rady… kupię nową sukienkę, uśmiechnę się jak na szczęśliwą kobietę przystało i dopiero gdy zasnę skulona w pustym łóżku obudzi mnie mój własny płacz. Ale… to nic wielkiego, są gorsze problemy, nie ma nad czym sie rozczulać. Co u ciebie?

Patrzę i nie wiem… nie wiem co myśleć, co powiedzieć. Zaoferować pomoc? Odrzuci. Współczuć? Powie, że ma ręce i nogi i nie ma powodu do zmartwień, a meżczyzna głównie w życiu przeszkadza. Powiem,że zachowuje sie niemoralnie? Parsknie smiechem, ma to gdzieś. Zawsze stawia mnie w takich sytuacjach… ech. „Wiesz… złożyłam pozew rozwodowy…”

W.

Brak komentarzy

Ech, głupi dzieciaku! Co zrobiłeś najlepszego? Jak mogłeś? Co cie przerosło, przed czym chciałeś uciec? Dlaczego nie zaufałeś… dlaczego nie wierzyłeś, że damy radę rozwiązać każdy problem?! Jak możesz tak spokojnie leżeć podłączony do tych wszystkich urządzeń zostawiając nas wszystkich ogłupiałych z bólu i smutku. Jestem zła na ciebie, wiesz? Mam jeszcze nadzieję, że stan krytyczny nie jest wyrokiem. Jeżeli sam nie widzisz sensu, to my ci go znajdziemy, tylko wróć… proszę.

Jak to możliwe? Jeszcze tak niedawno złościłam się na mamę, kiedy nie pozwalała mi na wyjście na imprezę, zakup jakiegoś niezbędnego i jedynie słusznego ciucha, kiedy musiałam wracać do domu przed 22.Gdzie te czasy kiedy zawyżało się o kilka groszy cenę podręcznika do matematyki czy innej fizyki by nadwyżkę beztrosko roztrwonić? Pamiętam pewien koszmarnie brzydki czerwony sweterek. Jak ja go nienawidziłam! Ile bólu serca kosztowało mnie założenie tego na siebie i pójście do szkoły w tym koszmarku! Miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie z politowaniem z powodu swetra, czerwonego na dodatek. Mama twierdziła, że jest uroczy. Być może był-ale nie dla 8latki. Pamiętam jak bardzo złościło mnie, że mam sprzątać pokój: teraz, natychmiast! Niemożliwość bawienia się w wieczorami, przeprowadzania eksperymentów kulinarnych, przerywanie najlepszej zabawy jakimś durnym wyjściem na zakupy czy do cioci na imieniny, doprowadzały mnie niekiedy do łez. A teraz? Widzę znajomy upór w oczach Młodych kiedy mówię: sprzątajcie ten bajzel i idźcie się umyć, już wieczór. Widzę to poczucie krzywdy gdy nie pozwalam obejrzeć drugiej bajki albo sugeruję zjedzenie jakiejś papryki czy innej trutki. Zastanawiam się wtedy, jakim cudem one są teraz mną sprzed lat a ja jestem tym decydentem, który mimo, że kochany, bywa irytujący i nierozumiejący podstawowych spraw dziecięcych? Staram się rozumieć, widząc złość próbuję tłumaczyć zamiast nakazywać. Pozwalam wybierać ubrania według pannic widzimisię. Tylko czasem same na usta cisną się słowa : nie dyskutuj, ten pokój ma być posprzątany, o tej porze powinnyście już spać, teraz nie ma czasu na malowanie-wychodzimy. A mała dziewczynka we mnie szepcze : ZDRAJCA.

"Drogie Mamy! Czy Wasi mężowie/partnerzy pomagają Wam w opiece nad maluszkiem?" Nie, mi mąż nie pomaga. Nie pomaga mi przy opiece nad dzieckiem. Nie pomaga w sprzątaniu, gotowaniu, w niczym mi nie pomaga! Czy to, że nakarmi dziecko, zabierze na spacer czy pobawi się to pomoc? A może odkurzanie albo nauka z Młodymi? Ależ ja jestem niedzisiejsza, wydawało mi się, że to nasze wspólne obowiązki, więc wspólnie je wypełnialiśmy. Wczoraj przy półce z "karmą dla dzieci" jak gotowe obiadki nazywają Młode, chłop przeczytał z etykiety jednego ze słoiczków "Od 7. miesiąca POWINNAŚ podawać pół żółtka do potraw Twojego maluszka co drugi dzień." i zapytał czy mężczyzna nie może, a może nie powinien? Już samo słowo "maluszek" jest irytujące, do tego Matka Polka Cierpiętnica z 10000 obowiązków i powinności, której współsprawca zamieszania zwanego dzieckiem , może co najwyżej pomóc… to już przekracza moje możliwości poznawcze. Czy jako kobiety same sobie nie robimy krzywdy twierdząc : mój mąż nie pomaga mi przy dziecku, nie pomaga w domu? O co chodzi z tą pomocą? Ma dziecko-wychowuje, brudzi-sprząta, mieszka-dba o dom. Kobieta tak samo. To nie żadna pomoc. To najnormalniejszy podział obowiązków. A Najmniejsza bez niczyjej pomocy turla się po całym domu. Młode bez niczyjej pomocy kłócą się zawcięcie. To dopiero niezależne kobiety są.

     Nie mam prawa jazdy. Mam na tyle rozwiniętą wyobraźnię, że wiem, iż nie nadaję się na kierowcę. Im mniej takich osłów na drogach tym lepiej. Zdaję sobię sprawę, że mało kto wsiadając do samochodu planuje "za 100km rozwalę się wraz z rodziną na drzewie", jednak co tydzień, ba! co dnia giną ludzie w wypadkach samochodowych. W związku z tym, że nie mam uprawnień do kierowania pojazdami często podróżuję autobusami.
     I tu zaczyna się historia właściwa. Dworzec autobusowy, podjazd dla osób niepełnosprawnych. Toaleta dostosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych. Kasa biletowa z odpowiednimi barierkami i wysokością dostosowana do osób poruszających się na wózkach. Stanowiska autobusowe także wyposażone w barierki odpowiedniej szerokości. Czyli: wejdź, kup bilet… i nigdzie nie pojedziesz, bo w autobusie po pierwsze nie ma dość szerokich drzwi, po drugie są strome schody, a po trzecie nie ma miejsca na wózek. Można zapytać, kto zmusza osobę na wózku do korzystania z przejazdów autobusowych? Można też zadać pytanie po co były te wszystkie przebudowy, dostosowywanie, przerabianie dworca, kas, itp? Skoro nadal tych, dla których teoretycznie to wszystko zostało zrobione ma się w głębokim poważaniu?! Mam nadzieję, że w innych miastach wygląda to i funkcjonuje znacznie lepiej.

      Może nie wszystkie wybiegły a już na pewno nie wszystkie wesołe. Mała miejscowość. Dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Dziewczynka. Wychowuje ją tata, bo tak zdecydował sąd. Ojciec ją kocha i dba o nią najlepiej jak potrafi, czyli naprawdę dobrze. Dziewczynka świetnie się uczy, jest bardzo ładna. W szkole i w miejscu zamieszkania jest szykanowana, rówieśnicy izolują ją od siebie. Tylko dlatego, że wychowuje ją ojciec! Inna dziewczynka jest wyśmiewana i odtrącona, bo pochodzi z wielodzietnej rodziny. Biedota. Dzieci mają po 8lat. Skąd w nich tyle jadu i nienawiści? Z domu oczywiście… Co Kowalską obchodzi jak Malinowscy żyją tego nie wiem, jednak nie rozumiem zupełnie jak można taką nienawiść i stereotypowość wpajać dzieciom. Dzieci bywają złe- przed takimi można przestrzegać, ale na litość, co komu przeszkadza wielodzietna rodzina? Albo tata samotnie wychowujący dziecko? Społeczeństwo biednieje i jest bliskie zapaści etycznej, moralność jest cechą "frajerów".Zawistnie patrzące oczy na każdym kroku i szukanie sposobu, by upokorzyć kogokolwiek, zmieszać z błotem, splunąć w twarz. Najlepiej słabszemu. Najlepiej szydzić z dziecka, któremu jest wystarczająco ciężko bez drwin rówieśników. Później wystarczy przekazać te umiejętności gardzenia innymi swoim dzieciom i już życie staje się ciekawsze.
      W naszym chorym kraju nie powinno pozwolić się tworzyć rodzin zastępczych przez pary homoseksualne. Nie dlatego, że homoseksualizm jest zły. Nie dlatego, że dzieci będą powtarzać wzorce homoseksualne. Nie oszukujmy się…z chwilą rozpoczęcia nauki dla dzieci najważniejsza staje się akceptacja grupy rówieśniczej. A ta grupa, dzieci z rodzin nie dość, że zastępczej to w dodatku homoseksualnej,zniszczy. "Ty pedale" to najgorsza obelga dla pana Zdzicha stacjonującego pod sklepem. A dzieci pana Zddzicha już wytresowane przez ojca odpowiednio myślą tak samo. Więc może zamiast skupiać się nad wpływem par homoseksualnych opiekujących się dziećmi na psychikę owych dzieci zastanówmy się, co się dzieje z naszym kochanym zawistnym społeczeństwem i jak nienawiść do drugiego człowieka i brak choćby śladowej tolerancji wpłynie na te dzieci.
      Widziałam łzy tej Małej, kiedy dzieci odpychały ją od wspólnej zabawy podczas festynu. Tylko dwójka się odłączyła od takiej grupy i poszła bawić się z zapłakaną. Może są inaczej wychowane. Powiedziały: "Egoiści" i odeszły. Może w ich domu nikomu nie przeszkadza kto wychowuje dzieci jakimi metodami o ile robi to dobrze. A jeśli coś jest nie tak to rodzice wolą pomóc niż obgadywać i przekazywać swe spostrzeżenia dzieciom. Może od wczesnego dzieciństwa słyszą, że ludzie są różni tylko pozornie. Mimo koloru skóry, orientacji seksualnej, niepełnosprawności są tacy sami. Nie są przez to gorsi ani lepsi. Charaktery owszem mają różne. Te dwie powiedziały "Mamo, nie będziemy się do ciebie przytulać przy naszej nowej koleżance, bo będzie jej przykro. Ona nie ma mamy. A my chcemy, żeby była szczęśliwa. I bardzo ją lubimy. To będzie nasza przyjaciółka." I są przyjaciółkami. A ja jestem z tych dwóch trzpiotów dumna. Z moich trzpiotów.

-Pamietasz? Walentynki… Ustawiles mi tapete z serduszkiem.
-Pamietam. Ugotowalas cos dziwnego na kolacje. Dobrego ale dziwnego.
- Tak, z tego co bylo w lodowce. Obrzydliwe. Nigdy wiecej.
-Spi?
- Tak, zasnela przed chwila.
-A pamietasz nastepny dzien? Dzien zmian?
- Zrobilas mi rano potworna awanture. Powiedzialas, ze nie mam po co isc na rozmowe o prace, ze juz nigdy nie bedziemy nic mieli, ze masz dosc tego, ze nic sie nie udaje. Ja tez przestawalem wierzyc, ze znajde normalna prace, po dwoch latach u tego… nie przeklinajmy przy dziecku.
-Wiem, bylam u kresu wytrzymalosci. Jak zawsze mogles liczyc na moje wsparcie. Kila dni wczesniej kupiles sobie najbrzydsze buty swiata… Wygladales w nich idiotycznie, bylam pewna, ze czlowieka w takich butach nikt o zdrowych zmyslach nie zatrudni. Paranoja.Chwile pozniej zaczely sie bole. Pamietam, ze pomalowalam sobie paznokcie u stop. Nie wiem po co… na niebiesko w dodatku. Chcialam jechac do szpitala autobusem, dobrze ze Ewelina mnie zawiozla. Poszedles na rozmowe, ja trafilam na oddzial. Przyjechales do mnie, po 19 pojechales do domu. O 19.30 poczlapalam resztką sil do gabinetu lekarza. Mialam wrazenie, ze cos jest nie tak. Pamietasz, kiedy dowiedzialam sie o ciazy bylam pewna, ze nie przezyje porodu… Dalej wszystko wygladalo jak w jakims ambitnie niezaleznym filmie tworcy, ktory za wiele prochow na raz zazyl. Panika lekarzy, brak tetna plodu. Lozko, winda, bieg przez korytarz . Sala operacyjna. Paskudny anestozjolog i mysl, ze nic wiecej w zyciu poza nim nie zobacze. Uczucie, ze to juz koniec, zadnego tunelu, swiatla. Power off. I ten okropny bol, kiedy lekarz rozcinal powloki skorne. Znieczulenie nie zaczelo dzialac. Nie moglam krzyczec. Potem koniec.  W tym samym czasie napisales, ze dam rade i wszystko bedzie dobrze. Nie wiedziales, co sie dzieje. Obudzilam sie w windzie. Zapytalam o dziecko. Ktos powiedzial, ze wszystko w porzadku. Po kilku godzinach zauwazylam rozdarta na piersiach koszule, ulamane przednie zeby. Zadzwonilam do ciebie, powiedzialam, ze zostales ojcem.
-Nie powiedzialas, co sie stalo.
-Bylo pozno, nie chcialam cie martwic. Ty powiedziales, ze dostales prace. Pielegniarka rano powiedziala, ze „ledwo mnie odratowali”.  Gdybym byla w domu nie mialabym zadnych szans. Cala ciaza prowadzona przez cenionego lekarza, prywatnie. Wszystko bylo dobrze…  O maly wlos stracilbys mnie i Mlode. Zostalaby ci Malenka. Nie wierze, ze po smierci jest cokolwiek. Umieralam. Wylaczylam sie. Naprawili. Widzialam rozbryzgi krwi na suficie sali operacyjnej i wiedzialam, ze to koniec.  Dlugo nie moglam poradzic sobie z tym wszystkim. Nadal czuje ten bol. Mam ochote wyjsc i isc przed siebie dokad mnie nogi poniosa. Zabrac was ze soba. Zyc chwila, nie martwic sie na zapas. Wykorzystac najlepiej jak umiem to, ze jednak jestem, ze  mam was.
-Fajne to nasze dziecko.
- W sumie…  calkiem przyzwoite. Budzi sie. Usmiecha. Czesc, dziecko zmian.

Dupa.

Brak komentarzy

Wyjechałam na kilka dni na wieś wraz z całym stadem moich dzieci. Po błogo spędzonym pierwszym tygodniu wiosny wróciłam do domu, włączyłam komputer aby napisać jak miło spędziłyśmy czas z dala od miasta, jego "uroków", zgiełku, szarości i spalin. Niestety… rozumiem, że mój poprzedni wpis nie każdemu mógł się podobać, nie po to go napisałam… przeczytałam, że jestem krową, suką, wariatką, bandytą, zieję nienawiścią, itp. Tak, z całą pewnością jestem chudą, głodną jędzą. I to ja jestem agresywna. Dziękuję osobom potrafiącym czytać ze zrozumieniem.
Jestem po prostu osobnikiem typu 3.

Gdyby zdarzyło się w naszym pięknym kraju coś takiego, iż każdemu pokazanoby obraz i poproszono o wygłoszenie opinii na jego temat to ankietowani podzieliliby się na trzy typy.

45% uznałoby obraz za cudo, rozpływałoby się nad jego urodą, uznało za odkrycie roku, natychmiast zapragnęłoby posiadać identyczny w domu tylko WIĘKSZY, autora dzieła uznałoby za geniusza i przez godzinę rozpływałoby się nad obrazem opisując go w samych superlatywach, skrycie dziękując temu, w którego wierzą, że obraz było dane im zobaczyć a Kowalskiemu NIE!!! – to typ 1.

45% uznałoby obraz za obrazę uczuć religijnych/narodowych, za atak na ich osobistą wolność, zażądałoby przywrócenia kary śmierci, autora zechciałoby spalić na stosie za sam fakt istnienia (zapewne był wychowywany bezstresowo, gamoń jeden) Treść obrazu obrażałaby kolejne trzy pokolenia ich rodzin i to na pewno za pieniądze z ich podatków. Dodatkowo ankietera zwyzywałoby na czym świat stoi- tak na wszelki wypadek. – to typ2

10% powiedziałoby szczerze i uczciwie nie wymyślając przy tym niestworzonych historii "To jest zwykła, pospolita DUPA, proszę Pana. " – to typ 3.

I bardzo proszę tego, który rządzi tym całym bałaganem aby na mojej drodze stawiał ludzi typu 3. Będę wdzięczna i zobowiązana.

Być może uznacie mnie za nietolerancyjną wiedźmę ale dłużej już nie mogę!!! Mam alergię wręcz na ludzi – nie puszystych, okrągłych, puchatych czy jak tam sobie życzą się nazywać – GRUBYCH. Żeby nie było, nie mówię o otyłości spowodowanej chorobą, to jest całkiem inna sprawa. Gdy czytam, że panna rozważa operację żołądka bo taka biedna, gruba i nie ma innego sposobu by schudnąć a opycha się słodkim pieczywem, dżemami itp… to mnie trafia. W moim umyśle, pewnie zwichrowanym zdaniem nienażartych wiecznie marudzących grubasów, widok młodej osoby na ulicy wpychającej w siebie kolejnego batona, z torbą pełną słodkich bułek i gapiącej się nienawistnie na otoczenie, wywołuje u mnie chęć zdzielenia matoła w tył łba. Dlaczego? Ano dlatego, że pewnie w samotności użala się nad sobą, obarcza winą wszystkich poza sobą, jest osobą wiecznie naburmuszoną i każde swoje niepowodzenie zrzuca na karby otyłości. Nawet jeżeli zwyczajnie jest osobą nudną, leniwą, wręcz koszmarną- jest przekonana, że to wszystko wina otyłości. Owa otyłość bierze się oczywiście z powietrza, przecież nasz grubas je jak wróbelek (to możliwe-wróble podobno jedzą tyle ile ważą) i to zdrowo je więc jak to!!! świat się uwziął i tyle!!! Nikt ukrytego piękna nie dostrzega?! Trudno zauważyć coś ukrytego pod tonami i fałdami tłuszczu. Widać jedynie lenistwo, lenistwo, brak wiary w siebie, brak umiejętności panowania nad własnym ciałem i umysłem. Zgoda możecie mówić, że znacie albo sami jesteście otyli czy jak wolicie-puszyści z wyboru… taaaak oczywiście, już jako dzieci o tym marzyliście. Mam tylko prośbę, jeśli już musicie wrzucać w siebie kilogramy jedzenia albo pseudo-jedzenia typu fast, PRZESTAŃCIE użalać się nad sobą i nie zadręczajcie innych- albo chociaż mnie- opowieściami o swoim problemie, kolejnej diecie-cud i innych głupotach. Nie patrzcie nienawistnym wzrokiem na ludzi o normalnej budowie ciała wpierdzielając kolejną czekoladkę!!! A i nie zwalajcie winy na nieudane dzieciństwo, nieszczęśliwą miłość, stres itp. Siedząc na zadzie przed tv z paczką czipsów jeszcze nikt nie schudł.  WIOSNA, WIOSNA więc czas coś zmienić, prawda???

MPPW

2 komentarzy

Od 15 lutego jestem Matka Polka Patologiczna, urodziło się dziecię trzecie. Male to, niekumate i piszczące- standardowe niemowlę. Urodę ma mopsa- króciutka i grubiutka. W pierwszej dobie zycia wyglądała jak R. Kalisz. Rozważałam nadanie dziecięciu imienia Ryszarda, niestety nie przeszło… Przy takim stadzie dzieci jakie w tej chwili posiadam przez najbliższe 3lata nie pośpię dłużej niz do 7 rano. Juz o 7.30 jest za późno, żeby zdazyc zrobić wszystko, co najważniejsze. Fajnie jest zajmować się domem i dziećmi (ja to napisałam?!) ale po miesiącu mam dość prania, mycia, karmienia, sprzątania, gotowania, prania, prasowania, sprzątania, karmienia… Do tego nie potrafię siedzieć przy łóżeczko najmłodszej, gapić sie godzinami i rozczulać. Po pierwsze nie mam czasu mimo, ze w sumie nic nie robię, po drugie nie bawi mnie to wcale. Matka Polka nie dość, ze Patologiczna to jeszcze Wyrodna. I Skąpa. Male najmniejsze nie ma przewijaka, 300 smoczkow i butelek, podgrzewacza, sterylizatora, karuzelki-oglupiacza… bida z nędzą. Głupawkę zakupowa mialam 6lat temu, teraz z nieukrywanym rozbawieniem oraz pobłażaniem spoglądam na rodziców początkujących. Starsze Młode w roli sióstr odnajdują się świetnie. Co prawda potrafią odepchnąć rodziców od najmniejszej bo one wiedza lepiej… Uznały, ze Mala jest jedynaczka (?!) a one sa nosorożcami(?!), chyba chodziło im o to, ze Klara jest wodnikiem a one koziorożcami, chociaż pewności mieć nie mogę. Dobra, jako ta MPPW idę walczyć z praniem, obiadem, stadem dzieci i paznokciami bo jakoś nie po drodze mi rozciągnięty dres, brak make-upu czy pazury jak u wiedzmy. AAAA Łukaszu, przyjacielu… wiem, ze czytasz te moje głupoty- nadal alt nie działa po tym jak zalałam kompa herbata – pomocy ! A bez polskich znaków czuje sie jak nieuk i ignorant totalny.